Po krótkiej przerwie

Nie było mnie we Wspólnocie jakieś dwa tygodnie. Mamy nową mieszkankę – Panią K. Malutka, przygarbiona, i przepraszam za określenie, ale wygląda jak Baba Jaga z bajki o Jasiu i Małgosi. Ma zespól Korsakova, ogromny problem alkoholowy i tendencje do ciągłego uciekania. Potrafi w trakcie zmiany z 5 razy nawiać na przystanek. Dobrze chociaż, że tylko na przystanek, bo przystanek mamy zaraz pod drzwiami. Gorzej jest z H. Ten to wypuszcza się naprawdę w teren. Ostatnio wyszedł przez nikogo nie zauważony. Wraca Pan C. ze spaceru i komunikuje jak gdyby nigdy nic, że spotkał H. w banku. Kolega J. pyta przerażony, czy go przyprowadził z powrotem? Na co ten, że nie bo H. musiał jeszcze coś załatwić na mieście. J. znalazł na dole jakiś stary rower i puścił się w pogoń za H. Dzięki Bogu po jakieś godzinie go znalazł. Na drugi dzień biedak chodzić prawie nie mógł, bo wieki na rowerze nie siedział.

Para – M.i K. są już oficjalnie ze sobą. Mieszkają w sumie w jednym pokoju. Nie bardzo mi się to podoba: o ile pan M. wie czego chce, o tyle Pani K. z powodu demencji już nie bardzo rozumie co się dzieje. Dla mnie to jak ciche pozwolenie na gwałt. Moralnie słabe, ale szefowa nie widzi w tym nic złego.

Jeśli chodzi o przepisy i temu podobne to doszło do tego, że już nawet na mydle musi być przyklejona data, kiedy zaczęliśmy je używać. Rzekomo bakterie się zbierają. Z każdego obiadu trzeba wziąć małą próbkę i zamrozić, żeby w razie zatrucia dać do badania.

Pracownicy zaczynają się masowo meldować chorzy, a to świadczy o ogólnym niezadowoleniu. Na ostatnim zebraniu też tylko w kółko higiena, daty, sprzątanie. Szefowa ma jakąś paranoję. Nawet ścierki do sprzątania są opisane i do każdego przedmiotu inny kolor. Oczywiście do każdego przedmiotu inny formularz, który trzeba wypełnić po każdym umyciu (sprzątnięciu). Ale, ze K. załatwia się, gdzie popadnie, a najczęściej na sofie w salonie, to jej nie przeszkadza. Niedługo trzeba będzie wszystkie meble wyrzucić, bo czego się człowiek nie dotknie, to załatwione przez K. Z całym szacunkiem dla niego –nie powinien być u nas. Wiem, że brzmi to niedobrze, ale jego miejsce jest w szpitalu psychiatrycznym. No ale wiadomo… kasa robi swoje. Miejscówka u nas kosztuje od 3500 euro wzwyż, więc każdy jest łakomym kąskiem. Szkoda tylko, że to wszystko naszym kosztem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Cyrku ciąg dalszy…

Na razie jestem na zwolnieniu, ale mam wiadomości na bieżąco i z pierwszej reki. Ale zanim poszłam na zwolnienie myślałam, że komuś przywalę w pracy. Zmiana na 16ta. Wchodzę, a tam już w drzwiach moja „ulubiona koleżanka” Z., że dobrze, że jestem bo Pan C. czeka od 5ciu godzin żeby ze mną pójść na zakupy. Tak mnie w drzwiach zaatakowały z szefową, że nie zdążyłam nawet pomyśleć, tylko przytaknęłam, że jasne już idziemy. Poszliśmy. Okazalo się, że Pan C. potrzebuje nową kurtkę, czapkę itp., więc zejdzie się dlużej. Im dłużej i dalej szliśmy, tym bardziej docierało do mnie, że ja dziś nie jestem za niego odpowiedzialna (ja mam dyżur na pierwszym pietrze, on jest meiszkańcem drugiego). A poza tym, co do jasnej cholery robili ludzie z pierwszej i środkowej zmiany?Dlaczego nikt z nim nie wyszedł?

Po powrocie z zakupów 20min staliśmy pod drzwiami, bo koleżanki sobie poszły punktualnie do domu i nikt na nas nie czekał, a ja nie miałam klucza. U góry kolega J., ale dzwonek nie działa. Zaczęłam dzwonić po wszystkich ludziach, aż w końcu ktoś nas wpuścił. Od razu uderzyłam na drugie piętro. J. twierdził, że nic nie wie, że koleżanka Z. przyprowadziła mu wszystkich mieszkańców z pierwszego piętra i kazała grać w kręgle, a sama się zmyła, bo rzekomo musi teren ogarnąć. Schodzimy wspólnie na dół, a tam jakby bomba pierdolnęła: gary jeszcze od obiadu nie pozmywane, zmywarka zawalona, kubki, talerze na zasyfiałym stole. Szlag mnie trafił! Zaczęłam wydzwaniać na przemian do Z. i do szefowej K. Oczywiście żadna nie odbierała. Zanim ogarnęłam cały ten syf, była godzina 20. No cóż… kolacja odbyła się  z poślizgiem.

Na drugi dzień postanowiłam się z nimi rozmówić. Od razu po wejściu ruszyłam do ataku, choć wiedziałam już jakiej odpowiedzi mogę się spodziewać: zarobione takie były, roboty tyle, że nie wiadomo w co ręce wsadzić. Koleżanka Z. stwierdziła, że ona nie jest odpowiedzialna za naszą kuchnię (kuchnia tak nasza jak i jej) i, że ona validuje, bo mieszkańcy ważniejsi (validacja to metoda komunikowania się z ludźmi chorymi na Alzheimera, kto nie zna polecam poszperać w necie na temat Naomi Feil i Validacji). Z. w ogóle od wszystkiego umywa ręce, jak tylko zobaczy kolejną zmianę, to zaraz zamyka się gdzieś z którymś z seniorów i rzekomo validuje.

Z tego co mi wiadomo, nie została u nas zatrudniona jako ekspert od validacji, tylko na takich samych zasadach jak wszyscy inni. Już jej zapowiedziałam, że teraz ja będę robić rzeczy wyższych lotów, a ona do garów i że najlepiej będzie, jak przestanie się do mnie odzywać.

Szefowa mediowała między nami. Jej propozycja na rozwiązanie problemu: iść prywatnie na piwo. Myślałam, że się przesłyszałam. Kurwa! Ja sobie sama dobieram towarzystwo do picia piwa i jest towarzystwo, w którym dobrze się czuję. Może zapomnieć, ze ja z tą idiotką prywatnie się spotkam. Już jak słyszę jej głos, dostaję gęsiej skóry, a co dopiero na prywatne pogaduszki.

Tak czy siak ulżyło mi. Wyrzygałam wszystko co mi na wątrobie leżało i teraz mam święty spokój – traktujemy się jak powietrze, a ona wie, że na wspólnych zmianach ze mną ma przechlapane. Już może szykować gumowe rękawiczki i wiadro!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Podsumowanie

Nie będę oryginalna i podsumuję. Zaczęło się nijak, ale w miarę upływającego czasu zaczęło się kręcić. Nowa praca, nowi ludzie. Koledzy z pracy J.i R. super. Fajnie, że miałam możliwość ich poznania i pracowania z nimi. Mój sort – wszystkim nam o to samo chodzi, czyli o szczęście na ostatnim odcinku maratonu, w jakim biorą udział nasi seniorzy. Są jeszcze starzy przyjaciele, z którymi jesteśmy na bieżąco pomimo dzielących nas kilometrów. Jest A. Z nią łączy nas coś szczególnego. Znamy się od 35 lat i z niejednego pieca chleb jadłyśmy. Pielęgnujemy to co między nami każda na swój sposób. Doprowadzamy się do szału, ale za chwilę i tak się kochamy, bo wiemy, że takie przyjaźnie to coś wyjątkowego w dzisiejszych czasach! Jest M. dawna koleżanka z czasów ogólniakowo–studenckich. I choć dzieli nas przepaść jeśli chodzi o sposób na życie, to bardzo się lubimy i szanujemy. No i kawał czasu utrzymujemy dobry kontakt.

Poznałam też cały zestaw ludzi w opiece domowej. Panią, co zawsze otwiera mi drzwi w koszuli nocnej i gumowych kaloszach, Dziadka A., który stał się dla mnie kimś bliskim i od czasu do czasu wypijamy kilka piwek. Była G., o której już pisałam, której pięknych niebieskich oczu nigdy nie zapomnę. Jest Pani W., z którą wypijam hektolitry kawy i wypalam paczkę papierosów. Jest mój H., który mówi do mnie mamo. Są damy, z którymi dziele się swoimi „zawieruchami wojennymi“. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać bez końca.

Jest też rodzina, która mam wrażenie, że w tym roku bardzo się do siebie zbliżyła. Co prawda powodem zbliżenia i wsparcia były choroby i nieszczęścia towarzyszące nam przez cały rok, ale lepsze to niż darcie kotów i awantury. Muszę przyznać, że bardzo ich wszystkich kocham i życie bym za nich oddala.

Jest mój mąż, którego dawno nie widziałam tak szczęśliwego. Facet spełnia się zawodowo i zaraża mnie swoją pozytywną energią.

W mijającym roku nabrałam dystansu do samej siebie, do życia i nauczyłam się pokory. Wiem, że nie warto się kłócić, wariować, zamartwiać, bo to wszystko nie ma żadnego sensu. Zaczęłam szanować, to co mam, a szacunku tego nauczyli mnie podopieczni, którzy przeżywali bądź przeżywają prawdziwe życiowe dramaty.W porównaniu do tego wszystkiego jestem zajebistą szczęściarą.

Jakie mam postanowienia na Nowy nadchodzący? Chcę bardziej kochać tych, których kocham, szanować jeszcze bardziej to co mi dane. Być lepszą córką, przyjaciółką, koleżanką, opiekunką, żoną. Nie płakać, stękać i użalać się nad sobą. Po prostu pchać ten wózek dalej pomimo nierówności i wybojów na drodze.

Tego wszystkiego i Wam życzę. Bądźcie szczęśliwi. Amen.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Seniorzy i święta

Dzięki Bogu już po Świętach. Nie wpływają dobrze na mieszkańców domów seniora i instytucjach temu podobnych. Nie wpływają dobrze na podopiecznych z opieki domowej bo z reguły to ludzie samotni. A i na mnie w tym roku dobrze nie wpłynęły. Pewnie po części dlatego, że w pracy jest strasznie nieprzyjemna atmosfera. Każdy patrzy na siebie jak na wroga. Ludzie boją się gębę otworzyć. Mnie ogarnęła obojętność i nerwy.Wszystko mnie denerwuje… naładowana chodzę. Wczoraj nakryłam Bezdomną (jedna z mieszkanek Domu seniora patrz niżej) z papierochem w pokoju. Stwierdziłam głośno fakt, że znowu pali w pokoju. Na co ona, że chyba mnie powaliło, bo nie pali! No myślałam, że jej coś zrobię (wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami i żeby się uspokoić). Wróciłam po kilku minutach i znowu to samo, że mam się od niej odpierdzielić! Wyrwałam jej na siłę papierocha, a ta mnie ugryzła w przedramię. W ostatniej chwili powstrzymałam ciężką rękę… wyszłam znowu trzaskając drzwiami.

Pani S. ma jakąś fazę robienia głupich min i przedrzeźniania wszystkich naokoło, czym doprowadza do furii innych mieszkańców. Kiedy zwróciłam jej uwagę, krzyknęła – ty głupia krowo! Wszyscy dosłownie wszyscy wariują. Święta powinny być pominięte, a odwiedziny zakazane! Rodzinom i przyjaciołom wydaje się, że robią dobrze, przychodzą codziennie całymi pielgrzymkami, jest głośno, gwarno, bałagan, zamieszanie, a chorym ludziom to nie sprzyja. Zaczynają się dziwnie zachowywać. Robią się nieprzyjemni i nerwowi, a nawet agresywni. Za dużo bodźców jak na trzy dni.

Poza tym te całe grupy odwiedzających czują się, jak w hotelu 5-cio gwiazdkowym. Każdy sobie czegoś życzy. Wchodzą i od razu kawy, ciasta, a nawet obiad wspólnie. Każdy akurat w tym momencie ma 100 pytań: gdzie są taty okulary i dlaczego sweterek babci taki jakiś mały. Nie wiem do cholery jasnej gdzie są okulary, a sweterek skurczył się w praniu, bo jakaś kretynka wrzuciła na 90 stopni!

W domu całe Święta spadły na moją głowę, bo mąż zjechał dopiero na Wigilię, a do tego mieliśmy gościa w postaci szwagra. No i do pracy też chodziłam. Za chwilę jeszcze cały ten cyrk z Sylwestrem, na który wybitnie nie mam nastroju. Najchętniej zabarykadowałabym się z butelką wina pod kołdrą. Zmęczona jestem, a z racji tego, że od stycznia zacznie się prawdziwa szarpanina z przeprowadzką, szukaniem nowej pracy itp. wiem, że najgorsze jeszcze przede mną.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

I po rewolucji

Wtorek rano u szefa. O dziwo był miły, nie wywalił nas i nawet nie opierdzielił! Zaczęliśmy opowiadać, co nam na sercach leży: że seniorzy dorośli ludzie, mają prawo decydować o sobie (w miarę postępującego Alzheimera), K. każe robić kontrole w pokojach, że…, że… Nie powiem, dostało się trochę K. od nas, padły gorzkie i cierpkie słowa pod jej adresem. Ale szef tylko kiwał głową, sprawiał wrażenie, że nas rozumie i jest po naszej stronie.Tylko jak sam stwierdził – sprawa jest delikatna i emocje nie pomogą. Trzeba wszystko z głową, na spokojnie.

R. z radości i dla uczczenia wygranej zaprosiła nas do knajpy na jedno male z pianką. Ja jednak czułam jakiś wewnętrzny niepokój.  Bingo, nie pomyliłam się, intuicja mnie nie zawiodła! W środę każdy z nas (cały zespół) dostał maila, że zwołuje się zebranie na czwartek. Sytuacja wyjątkowa. Obecność obowiązkowa! Ja już wiedziałam o co chodzi i podzieliłam się obawami z R. Bidula z nerwów się rozchorowała.

A na zebraniu… że jakim prawem w ogóle ośmieliliśmy się, że co nam do głowy przychodzi, że firma ma wewnętrzne przepisy, a akcja ze zbieraniem podpisów była przeciwko pracodawcy, że nawet rodziny mieszkańców zmienili zdanie i nikt już po naszej stronie nie stanie! Od tej pory tylko to co w regulaminie i konkretny plan: poniedziałek śpiewanie, wtorek tańce, środa bingo, czwartek kręgle, w piątek gimnastyka, sobota relaks, w niedzielę kościół! I tak ma być.Wszyscy są dla nas „pan, pani”! Nie ma śmiechów chichów! Żarty się skończyły. Kto się nie dostosuje, dostaje pisemną naganę i dyscyplinarkę! Potem zaczął przeprowadzać śledztwo, jak to było ze zbieraniem podpisów i kto konkretnie za tym wszystkim stoi. Dzięki Bogu każdy milczał jak grób, bo ja już widziałam koleżankę R. na zasiłku dla bezrobotnych!

R.dostanie tylko upomnienie pisemne ale musi uważać! Postanowiła już szukać nowej pracy! Ja też się cieszę, że za chwilę mnie tu nie będzie. Jeszcze mam nadzieję, że w końcu znajdę miejsce, gdzie seniorzy mają niebo na ziemi. Nie wiem… może jestem naiwna.

Póki co jeszcze tu jestem i choć nie pozwolono nam zorganizować Wigilii, ja i tak to zrobię! Rozpieszczę ich jeszcze, póki mogę, a potem niech się dzieje wola Naczelnego.

No to pod te Święta Kochani!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Na barykady

Wiem, że bigosu u K. pewnie nie doczekam, bo za kilka miesięcy czeka mnie przeprowadzka. Przeprowadzka 700 km stąd. Zmiana pracy, zmiana otoczenia. Z jednej strony szkoda, wiadomo człowiek szybko się przyzwyczaja, albo trwa gdzieś przez zasiedzenie. U nas to raczej było zasiedzenie, ale kiedy pojawiła się poważna oferta zmiany na lepsze, bez zastanowienia powiedzieliśmy TAK. Małżonek już tam siedzi, a ja dołączę gdzieś bliżej wiosny. Najchętniej spakowałabym walizki, kota pod pachę i sru… byle dalej! Pomijam już tęsknotę i wracanie do pustego mieszkania, ale w pracy tak mnie wkurzyli, że się we mnie zagotowało.

Jedna firma, a dwie szefowe: jedna od pomocy domowej, druga ze wspólnoty. Od miesięcy dogadać się nie mogą jeśli chodzi o mój plan i godziny pracy. Pominę szczegóły, bo to przydługie i przynudnawe, ale albo pracuje 15 dni pod rząd 10 godzin dziennie, albo idę na minus bo w ogóle nie pracuję. W pewnym momencie zaproponowali mi dalsze szkolenie, awans i to miało rozładować sytuację. Szkolenie już się zaczęło, a cyrk z godzinami jak był, tak jest. Wychodzi na to, że one się kłócą, a ja zapierdzielam jak wół. Umówiłam się z  głównym szefem na rozmowę, ale nie robię sobie wielkiej nadziei.

W dniu, w którym postanowiłam zrobić ten termin wydarzyło się jeszcze coś. Otóż mieliśmy imprezę świąteczną we Wspólnocie dla mieszkańców i ich rodzin. K. od rana chodziła nabuzowana i tylko szukała powodu, żeby dowalić tym, co akurat zmianę mieli, bo ja dla odmiany 10 godzin jeździłam od pacjenta do pacjenta. Koleżanka R. wpadła po zmianie cala roztrzęsiona żeby mi wszystko zrelacjonować.

Otóż K. w pewnym momencie zwołała wszystkich do biura i wykrzyczała, że od dziś zabrania się nam kategorycznie mówienia do mieszkańców po imieniu! Od dziś wszyscy na pan, pani! Już wcześniej miałam z nią taką dyskusje i wtedy doszłyśmy do wniosku, że jeśli wszyscy podpiszą oświadczenia (mieszkańcy i rodziny) i zostanie to udokumentowane to spoko!

W dzień imprezy zmieniła zdanie! R. jednak wpadła na genialny pomysł, że jednak zbierze te podpisy. Zadanie miała o tyle ułatwione, że akurat wszystkich miała pod ręką. Wszystkie rodziny, mężowie, dzieci, że jasne, spoko, co to za cyrki, że założenie było takie, że jesteśmy jedną wielką rodziną i pewnie, że na TY. Wszyscy podpisali. K. wpadła w furię, że R. podważa jej zdanie, że robimy wszystko, żeby ją wkurzyć i zwalnia nas wszystkich. Nas wszystkich miała na myśli R., kolegę J. i mnie. Wykrzykiwała, że to ona jest szefową i ona decyduje i, że w dupie ma co inni chcą! Wyrzuciła R. z gabinetu i kazała iść do samego diabła. R.do diabła nie poszła, ale przyjechała od razu do mnie, żeby przedsięwziąć jakiś plan. Plan jest taki, że we wtorek jest termin u głównego szefa , że żarty się skończyły i, że idziemy na barykady! Do boju walczyć o wolność seniora!

Ps. Na naszym wieczorze świątecznym w restauracji jednak wino zmieniło postrzeganie rzeczywistości… A przez moment było nawet miło.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Impreza świąteczna

W zeszłym tygodniu mieliśmy imprezę świąteczną dla pracowników. Pracodawca zaprosił nas do restauracji. Muszę przyznać, że szefostwo stanęło na wysokości zadania: alkohol, jedzenie wszystkiego do wyboru do koloru .

Najpierw stwierdziłam, że nigdzie nie idę, ale po namowach kolegów zmieniłam zdanie. Dobrze zrobiłam: dawno się tak nie naśmiałam. Co prawda w większości wszystko kręciło się wokół pracy, ale ponieważ u nas ostatnio na nudę narzekać nie można, powodów do śmiechu nie brakowało.

Nasza K. (Szefowa) też się jakoś tak wyluzowała, choć mieliśmy wrażenie, że ciągle zerka w naszą stronę. Naszą, mam na myśli niesubordynowanych luzaków, którzy za nic mają jej wymysły z dokumentacją i treningami umysłów. A do tego wiadomo, palacze zawsze jakoś tak siadają razem bliżej wyjścia.

W miarę upływu czasu i wypitych trunków lody puszczały. K. się zwierzyła, że kończy jakieś tam studia i na oblanie dyplomu zaprosi nas do siebie. Stwierdziła, że będzie bigos i pierogi. A ja nawet w przypływie euforii zaoferowałam pomoc w kuchni. Także K. w sumie nie jest taka zła (mam tylko nadzieję, że alkohol nie zmienił nam postrzegania rzeczywistości).

Lubię na takich imprezach obserwować ludzi. Na początku, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak to będzie z rachunkiem, każdy zamawiał wodę, kawę czy herbatę. Jak tylko okazało się, że karta stoi nam otworem bez ograniczeń, jakby w jakiś szal wpadli. Zamawiali z karty najdroższe potrawy i trunki. Jedli, jakby od tygodnia nic w ustach nie mieli, a piwo i wino pili jak na jakichś zawodach. Dlaczego? Ano dlatego, że wszystko było za darmo! Ludzie w takich sytuacjach zachowują się jak dzicz jakaś, nie znają umiaru!

Co jeszcze zauważyłam? Idioci zaczynają się podlizywać, ale tak centralnie na chama. Wszyscy chcieli siedzieć kolo K., wszyscy chcieli coś powiedzieć do K., wszyscy próbowali krzyczeć i wymachując rękami zwrócić na siebie jej uwagę, ale żeby tak na koniec ktoś do niej podszedł jak do przełożonego i podziękował to nie. Im się wydaje, że wszystko to oczywiste, że się należy.

Chamstwa nie znoszę, więc jako jedyna podeszłam, podziękowałam, walnęłam jakąś tam krótką mówkę i nawet zostałam serdecznie wyściskana. I nie dlatego, że chciałam urosnąć w jej oczach, tylko dlatego, że tak wypada!

Człowiek to jednak dziwna istota jest. Już nawet nie chodzi o to, czy dobra czy zła, ale po prostu dziwna…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Miłość i seks

W środę były Mikołajki, więc i w naszej Wspólnocie odbyła się mała impreza dla mieszkańców i rodzin. Było miło i przyjemnie. Były prezenty. Ale istotniejsze jest, co się działo w trakcie przygotowań…

Wszyscy szukali Pani A. Kolega z pracy otworzył drzwi do małego kantorka, a tam A . i Pan B.w intymnej sytuacji, nadzy jak ich Pan Bóg stworzył, i z pretensjami na kolegę, że chwili spokoju nie ma i, że przez ten cały stres gumka im pękła. Biedny J. zmieszał się niesamowicie i szybko zamknął za sobą drzwi. Pięć minut później przyszedł mąż A. w odwiedziny. Panika. Co tu robić? Wpuścić, nie wpuścić? Postanowiliśmy nie wpuszczać. Kumpel D. zagrodził drzwi i mówi do męża A – nie ma, poszła na zakupy i nie wiem kiedy wróci (nic lepszego nie przyszło mu do głowy). Na co mąż A. z oczami na wierzchu ze zdziwienia, że jak to przecież żona z domu nie wychodziła już od 6 lat?! Na co D – Aaa dziś ją właśnie naszło!

Uff, poszedł. Ale najgorsze było jeszcze przed nami.Wszyscy goście dotarli: dzieci, wnuki, rodziny. Zaczęliśmy śpiewać piosenki świąteczne i w tym momencie wchodzi A. nagusieńka i pyta, czy ktoś nie widział jej majtek?! Nie wiem, czy ktoś był zgorszony zaistniałą sytuacją. Raczej wszyscy próbowali ukryć uśmiech.

A. i B. są parą. Całymi dniami siedzą, a dokładniej rzecz biorąc leżą albo u A. w pokoju. albo u B. Kolejna para to Pani S. i Pan M. Razem wypijają czerwone wino, a potem pół nocy oddają się pieszczotom. Pani O. też ciągle płacze, że chciałaby kogoś mieć. Próbuje z każdym, ale jakoś nikt na nią nie leci.

H. – moje słonce też pozazdrościł i zaczął się przystawiać do Pani L. Niestety dostał kosza i siedzi smutny.Wiemy dlaczego, dostał kosza. Otóż Pani L. ma na oku kogoś innego, mianowicie mojego ulubionego kumpla, jednego z pracowników – J. Poinformowała go, że zdaje sobie sprawę z różnicy wieku, ale miłość nie zna granic. Swym dzieciom też już powiedziała! Tego samego dnia ciągle próbowała J. całować, łapać za kolano i trzymać za rękę. Trudno w takiej sytuacji zachować się profesjonalnie. J. był tak przerażony, że po drodze do domu zjadł kilo ciastek.

Szefowa widząc to wszystko, opowiedziała nam historię, która przydarzyła jej się ładnych kilka lat temu. Miała zmianę na rano. Była niedziela, więc wiadomo wszyscy lubią dłużej pospać. Nagle wpada któryś z mieszkańców cały w euforii i krzyczy: DOSZEDŁEM! K. zdezorientowana pyta: gdzie pan doszedł? A on, że po 30 latach znowu w łóżku, że długo ćwiczył z sąsiadką z pokoju obok i udało się! Kilka dni później Szefowa odebrała telefon z sex shopu za rogiem z zapytaniem czy wie, że para jej podopiecznych przychodzi dzień w dzień i kupują coraz to nowe rzeczy. Na początku były to filmy erotyczne, ale jak wczoraj kupili kajdanki i pejcze, pracownicy sex shopu poczuli się w obowiązku poinformować szefostwo.

Dobrze, że ryzyka zajścia w ciążę nie ma, bo inaczej nasze pielęgniarki zamiast latać do neurologa po recepty, biegałyby do ginekologów po środki antykoncepcyjne.

Miłość i seks to wspaniała sprawa, ale boję się pomyśleć, co będzie wiosną…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Zasady, paragrafy, przepisy czyli Lot nad kukułczym gniazdem

Mamy nową szefową. K. z Polski. K. ciągle zwołuje zebrania. Pracuję już w tym zawodzie jakieś ładne parę lat, ale jeszcze nigdy nie byłam na tylu zebraniach, co przez ostatnie dwa miesiące. Dla mnie zebrania to strata czasu, a u K. to już jakiś horror jest. Kobieta próbuje z nas zrobić Dom Seniora. Do każdej wykonanej przez nas czynności jest osobny formularz: obrałam ziemniaka – dokumentacja, włączyłam radio – dokumentacja, poszłam do klopa – dokumentacja. Doszło nawet do tego, że K. przyniosła ze sobą termometr (taki jak do steków, czy do pieczeni) i kazała mierzyć temperaturę zakupowanego mięsa. Oczywiście została przez większość z nas wyśmiana.

K. zaczyna mi przypominać siostrę Rached z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Zawsze z głupkowatym uśmiechem na twarzy, zawsze oficjalna i do każdego z pracowników powtarza: zależy mi na Tobie – jesteś ważnym ogniwem w naszej grupie. Jak to słyszę, to bebechy wywracają mi się na drugą stronę!

Któregoś razu znaleźliśmy protokół, który każdy miał przeczytać i podpisać. A w nim zapis – zabrania się okazywania uczuć mieszkańcom, mówienia na „Ty” i używania pieszczotliwych skrótów. Oczywista oczywistość, że nie podpisałam! W dupie to mam – zwracam się do podopiecznych, tak jak sobie tego życzą, albo jak im przyjemność sprawia. Jeśli widzę, że mówiąc do H. panie Kowalski nie działa, bo na to nie reaguje, a na H. słońce moje oczy mu się śmieją, to będzie dla mnie H. słońcem moim.

Do tego kazała nam kontrolować pokoje podopiecznych. Pan M., który dostaje dwie lampki wina po kolacji, kupuje sobie również sam alkohol i z reguły wypija nasze dwa kieliszki plus buteleczkę schowaną w szafie. No ja mu na pewno po szafach grzebać nie będę! Facet ma prawo! Zabrzmi to brutalnie, ale jeśli ma ochotę, to ma prawo zapić się, a naszym zasranym obowiązkiem jest uczynić wszystko, żeby si zapił w przyzwoitych i godnych warunkach.

K. każe nam robić plan zajęć – typowy Dom starców (bo już nawet nie seniora). O 14 trening umysłu, o 15 śpiewanie, a o 16 pierdzenie.Wszystko musi być zaplanowane i przemyślane. Matko – jak mnie to wkurza! To nie są maszyny, to są ludzie, tu nie ma miejsca na sprecyzowany plan. Nie mogę zaplanować, że będę chodziła codziennie z Panią S.na krotki spacer, bo Pani S. dziś ma na niego ochotę, a jutro mi powie, że na spacer to ja sobie sama mogę!

Kiedyś w Domu seniora jakaś idiotka postanowiła grupowo zagrać w quiz. Czytała jakieś zdanie, a reszta musiała odgadnąć o jakie zwierzę, bądź przedmiot chodzi. Ci bardziej kumaci od niechcenia odpowiadali. Niestety ci z demencja w ogóle nie wiedzieli o co biega. Zaczęłam im podpowiadać: każdemu po kolei szeptałam do ucha odpowiedź, żeby tez mieli jakąś przyjemność. Prowadząca wybuchnęła złością, że nie takie są zasady i nie tak idzie ta gra!

Nie wolno nam kłamać tzn oszukiwać podopiecznych. Przykład: H. ubrany żegna się i wychodzi do domu. Ja z reguły mówię, że spoko, kumam, ale może za nim pójdzie, kawki by się napił? Z reguły się udaje, ale bywa tak, że H. mówi – sorry, ale autobus mi ucieknie.Więc ja zwalam winę na komunikację i mówię, że dziś wszystko ma spóźnienia, że ja też chcę już do domu, ale czekać trzeba, więc chyba lepiej tu poczekać w cieple, niż siedzieć gdzieś na przystanku. Sukces gwarantowany.

Wszyscy pseudo-specjaliści uważają, że to źle, nie ładnie tak kłamać. Trzeba próbować jakoś inaczej. Szkoda tylko, że ci wszyscy pseudo-specjaliści mają 10 fakultetów, ale w Domu seniora „live” przebywali może 2 godziny na spotkaniu z pracownikami!

Zaczynam grac w totka – jak wygram otworzę własną wspólnotę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dzień, jak co dzień

Coś wisi w powietrzu – wszyscy zaczynają wariować. Od dwóch tygodni jestem na drugim piętrze wspólnoty. Pani L. każdego ranka po nieprzespanej nocy wchodzi do salonu i płacze. Ktoś jej znowu coś ukradł. Przez ten czas kiedy tam jestem była już – brosza rodzinna, szalik, kapelusz, okulary (których w ogóle nie posiada) i zęby. Przy broszy i ciuchach poszło łatwo – zaproponowałam kawkę i kanapeczkę i już o rzekomym złodzieju nie było mowy. Okulary dałam swoje przeciwsłoneczne. Z zębami poszło gorzej, bo całej rozmowie przysłuchiwała się Pani D., która podłapała temat. Zaczęła płakać, że jej zęby też chyba ktoś podmienił, bo ją wszystko boli, szczęka boli, a nawet głowa boli, co na pewno jest już rakiem i ona zaraz umrze. Wyciągnęłam protezę, przemyłam, zaparzyłam szałwii, która jest zwykłym rumiankiem i już byłam najlepsza, najfajniejsza, ponieważ uratowałam ją od nagłej śmierci.

W między czasie H. ciągle wychodził ubrany (piżama, kapcie, kurtka i szalik) żegnając się z nami, bo on musi do domu. H. można łatwo sprowadzić na inne myśli proponując mu coś do jedzenia – działa zawsze. Ale tego dnia H. płakał. Co się talerz pusty zrobił, to H. zaczynał płakać, że on nie wie co i jak, ale do domu to musi.

Pan G. zazwyczaj nad wyraz spokojny i przyjemny rudowłosy starszy pan próbował mnie przekonać, że w jego pokoju jest jego kumpel i poprosi dwie kawy (w pokoju oczywiście nie było poza nim nikogo). Mimo tego zrobiłam dwie kawy i zaniosłam mu. Wychodząc usłyszałam, ze w dupie z takim serwisem, bo do kawy już nic nie podali.

Pani W. nasza „czarna wdowa“ (ciągle chodzi ubrana w jednym zestawie koloru czarnego) co 5 minut przychodziła, że potrzebuje aspiryny (wiemy, że jest uzależniona od tabletek i trzeba zrobić wszystko żeby jej nie dostała). Co 5 minut dawałam jej dwa słodziki – placebo czyni cuda!

Do tego wszystkiego w ten sądny dzień musiałam przygotować obiad dla dwóch pięter w postaci świeżutkiej ryby i ziemniaczków z koperkiem. 3 kg ryby usmażyć i obrać 5 kg ziemniaków. Do roboty zagoniłam H. i tak siedział biedak przy tych pyrach że zapomniał o pójściu do toalety, a ja zapomniałam mu przypomnieć (robimy to co pół godziny). H. był załatwiony po pachy, a ja nie wiedziałam co najpierw: H. pod prysznic, ryby z pieca, czy szukać wyimaginowanej broszy Pani L Z powodu potwornego fetoru wszędzie trzeba było otwierać okna, a ponieważ na dworze minus 11, więc każdego musiałam ubrać w kurtkę.

Dawno nie czekałam na koniec zmiany jak tego dnia. To był jeden z nielicznych dni, kiedy zastanawiałam się, co ja tam robię i na co mi to wszystko!? Nie wytrzymałam i zaczęłam po prostu ryczeć. I wtedy przyszedł H. przytulił się do mnie i powiedział: “niech mama nie płacze, ja mamie we wszystkim pomogę“

PS. Słyszałam, że piętro niżej nie było lepiej. Pani S. niezauważona przez nikogo obrała paletę surowych jajek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz