Mieszkam na wsi…

Ta galeria zawiera 6 zdjęć.

Więcej galerii | Dodaj komentarz

Pani K. traktorem i BMW

Było to krótko po rozpoczęciu pracy. Zepsuła mi się nawigacja. Fuck, jak ja dojadę do pacjentów popołudniowych. Mąż stwierdził, że pojedzie przede mną i jakoś damy radę. Dojechaliśmy…. miejsce gdzie psy dupami szczekają. Małżonek pyta, czy jestem pewna, że to tu. Tak, tak, jestem pewna. Przypominam sobie, że byłam tu już kiedyś na rannej zmianie.

Dom stary, zaniedbany, na podwórku stoi traktor, porozwalane wiadra, stare skarpety i swetry. Drzwi otwarte na oścież, a w nich kobiecina w chustce na głowie, sylwetka w kształcie znaku zapytania. Podejrzewam, że nigdy nie leczona choroba kręgosłupa. Jak bolą plecy ciężko się wyprostować i pewnie jej tak zostało. Podniosła głowę w moim kierunku-uśmiech od ucha do ucha i dwa złote zęby. W domu brud, bałagan, gromada pokiereszowanych kotów (jeden kulawy, drugi bez oka itp). Rano zakładamy pończochy elastyczne, a wieczorem ściągamy. Ściągnęłam – stopy pewnie długo wody i mydła nie widziały, ale nie mnie to oceniać. Starsza Pani zadawała mnóstwo pytań. Nie wszystkie rozumiałam (bawarski dialekt doprowadza mnie do szału).

Na Wielkanoc dostałam od Niej pudełko pralinek. W ramach wdzięczności przytuliłam i ucałowałam w czoło. I tym zwykłym ludzkim gestem, kupiłam Ją i jestem Jej numerem jeden, a i Ona jest moim sercem. Znam całą historie rodziny, wiem co, gdzie i kiedy. Bawarski dialekt już mi nie przeszkadza.

Pani K. ma pola ziemniaków, cebuli i drzewa z jabłkami. Wiadra czekają już na mnie. Nigdy nie jadę do domu z pustymi rękami. Za każdym razem krzyczy tylko: wiadra nie zapomnij oddać! Oddam oddam, spokojna głowa. Jest śmieszna – na wszystko ma wylane (oprócz wiadra). Zapierdziela traktorem do lekarza i blokuje całą ulicę.”W dupie to mam” – mówi .”Pacjentem jestem”.

Ostatnio byłam w Polsce na urlopie i oczywiście każdemu z pacjentów kupiłam prezenty. Moja dewiza: brać i dawać! Nakupowałam polskich kiełbas, wędlin, piwa. Oczywiście nie chciała wziąć. Opierdoliła mnie mówiąc: sama nie masz pieniędzy, a mi tu prezenty wozić będziesz. Za chwile stwierdziła, że zapłaci! Proszę mnie tu nie obrażać i niech wyjdzie na zdrowie rzuciłam w biegu i pojechałam dalej. Następnego dnia czekały na mnie tradycyjnie wiadra ze wszystkim co możliwe. Mąż się śmieje, że w poniedziałek będą ziemniaki gotowane, wtorek smażone, środa placki ziemniaczane itd. W każdym bądź razie głód nam niestraszny!

Któregoś dnia zawoziłam popołudniu obiad Pani G. Tak, tak, mamy kuchnie w domu seniora i niektórzy z podopiecznych zamawiają u nas jedzenie. Parkuję na ulicy, bo tylko wpadam, podaję jedzenie i wypadam. Wysiadam z auta, w ręku trzymam pojemnik z żarciem, a obok przejeżdża ciemne, wypasione BMW limuzyna. Myślę sobie: zaraz się jakaś franca przyczepi, że na ulicy zaparkowałam. Otwiera się okno od strony kierowcy i widzę twarz kobiety, jeszcze nie kumam kogo widzę. Nagle gęba rozdziawia się w szerokim uśmiechu i widzę dwa złote zęby! Stałam tak chyba jeszcze z dobre dwie minuty, zanim doszłam do siebie.

Kolejnego dnia rano mówię: sorry, nie poznałam, nie myślałam…. na co Pani K., a co myślałaś, że ja tylko traktorem? A właśnie, że nie – mam brykę i jak znajdę chwilę wolnego, to jeżdżę sobie po okolicy, taki melanż! Śmiałam się jak głupia.

Pani K. ma również smutny kawał historii. Wiem, że zamordowali jej syna. Ma drugiego i owszem przyjeżdża, pomaga, ale z synową i wnuczką to już gorsza sprawa. Wiem, że całym jej życiem były zwierzęta: krowy, świnie itd. Syn z synową stwierdzili, że ją to przerasta i sama nie daje rady więc w nocy, kiedy spała wywieźli jej cały inwentarz. Zostały trzy świnie i kilka kaczek.

Pani K. się nie skarży. Ma dłonie powykrzywiane od reumatyzmu, ale co tam… posmaruje maścią i jakoś to będzie. Ja marudzę, że jest zimno, a ona, że trzeba się grubo ubrać. Kobieta nie potrafi wyrażać uczuć. Podejrzewam, że nigdy nikt jej też odrobiny uczucia nie okazał. Ale ja ją znam i wiem, że ma wielkie serducho!

Dwa tygodnie temu koleżanka z pracy miała wypadek: sarna wpadła jej pod koła. Auto rozwalone, ale dzięki Bogu jej się nic nie stało. Oczywiście wszystkie wsie o tym trąbią i każdy z naszych podopiecznych (wiadomości rozchodzą się z prędkością światła).  Ja kilka dni później miałam popołudniową zmianę i straszną obsuwę czasową. Wpadam do pani K. z prawie godzinnym spóźnieniem a Ta: Matko Boska, a ja już widziałam stado saren na twoim aucie, że leżysz gdzieś w rowie, że szpital! Nie, nie, spokojnie jakoś tak mi dziś wolno idzie! Ona przytula kota i mówi: nic się nie stało, nasza Polka przyjechała. A ja słyszę: martwiliśmy się, dobrze że jesteś, bo bardzo cię lubimy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Zapach ziemi

Chciałam od razu opisać kolejną pacjentkę, ale doszłam do wniosku, że najpierw trzeba opisać środowisko w którym pracuję. Mieszkam na wsi (3000 mieszkańców). Wiadomo, że najważniejszym miejscem jest mały ryneczek a na nim kościół. Zaraz obok kościoła jest mała knajpka-kafejka. I żadne durne przepisy nie zabraniają sprzedawać w niej piwa. Fajna, przyjemna. Spędzamy tam prawie każdą wolną chwilę. Tym bardziej, że jesteśmy zaprzyjaźnieni prywatnie z kelnerką, no teraz już szefową, bo od wczoraj przejęła oficjalnie lokal.

A oprócz kościoła, jednego supermarketu i kawiarni…. lasy, pola, pola, lasy. Wąskie uliczki dwukierunkowe, a na nich traktory zwane szlepami. Na początku miałam stracha…. kurwa co zrobię, jak mi wyjedzie taki z naprzeciwka?! Ale teraz już wiem, że jak wyjedzie, to zaraz zjedzie i ustąpi drogi. A gdzie zjedzie? To różnie: na podwórze domostwa, do rowu, w kukurydzę. Jest luz, nikt się nie stresuje i nie sieje paniki. Nikt nie wyzywa i nie wytyka środkowego palca.

Są piękne, stare domy, a w nich kaflowe piece i kuchnie połączone z oborami. Rzadko kto posiada nowoczesny piec (kuchenkę elektryczną tudzież gazową). Stare pokolenie wstaje o 3.00 w nocy żeby napalić w piecach drewnem. Wchodzi się do takiego domostwa i od razu chce się przysiąść przy takim piecu i wsłuchać w trzaskanie palonego drewna, ale niestety… następni czekają.

Domyślacie się już, że moja praca polega w sumie na tym samym co w mieście: jeżdżę autem od pacjenta do pacjenta. Myję, kąpię, daję zastrzyki, opatruję rany, mierzę ciśnienia, poziomy cukru i Bóg wie czego tam jeszcze. Większość czasu spędzam za kierownicą. Obsługujemy wszystkie okoliczne wioski, miasteczka.

Latem wyjeżdżam do pracy dużo wcześniej, jeżdżę wolniej, zatrzymuję się i podziwiam wschód słońca, rosę i biegające sarny. Jest pięknie, powietrze jest cudowne. Od razu mam dobry humor. Niestety lato dobiegło końca i przyszła znienawidzona przeze mnie jesień. O ile w dzień jest pięknie (złoty październik), tak o 5 rano dreszcz przechodzi po ciele.

Znowu wyjeżdżam wcześniej, ale nie żeby podziwiać widoki tylko bezpiecznie dojechać. Każdego ranka są takie mgły, jakich w życiu nie widziałam – mam wrażenie, że przecinam mleko. Na polnych, leśnych drogach nie ma latarni więc koncentruję się tak, że głowa mnie boli z napięcia. W ciemnościach widzę świecące oczyska jak latarnie. I choć wiem, że to te same sarny i zające, które podziwiam latem, to w głowie przewijają mi się stare legendy i zamiast tych pięknych zwierząt widzę wiły, strzygi, kikimory…. Nie wiem dlaczego, ale wszystko to kojarzy mi się z Weselem Wyspiańskiego czy Chłopami Reymonta.

Jedno jest pewne: żaden mieszczuch nie przeżyje tego, co przeżywam w tej chwili ja. Dopiero tu, na wsi dokładnie obserwuję zmieniające się pory roku. Widzę jak kukurydza dojrzewa i jak liście zaczynają się złocić. Czuję w powietrzu zapach ziemi.

I tak sobie jadę do pierwszej pacjentki, której poświęcę następny tekst.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pan Sz. Kolekcjoner

Pierwsze spotkanie z Panem Sz? Dramat! Dzięki Bogu nie byłam sama pierwszego dnia, bo nie zrozumiałam ani słowa. Ogromny chłop, po 80tce, typowy rolnik, który nie mówi słowa po niemiecku, tylko w bawarskim dialekcie, a to z niemieckim nie wiele ma wspólnego. Do tego nie ma zębów, więc nie mówi wyraźnie. Koleżanka z pracy musiała mi wszystko tłumaczyć. Na dodatek pacjent okazał się wyjątkowo rozmowny i zadawał setki pytań. Myślałam, że zapłaczę.

Pan Sz. ma chorobę żył w jednej nodze, którą trzeba owijać specjalnymi bandażami elastycznymi. A w lewej stopie małą odleżynę, którą trzeba co dwa dni opatrzyć. Do tego wszystkiego dochodzi stara rudera, w której mieszka, kaflowy piec, na którym gotuje i setki gołębi na dachu.

Siedział w starych brudnych spodniach, dziurawych skarpetach i dziurawym swetrze. Moja pierwsza myśl: dobry Boże spraw żeby nie był moim stałym pacjentem i żebym nigdy nie musiała tu sama przyjechać. Pierwszy samodzielny dzień i kto na mojej liście pacjentów?Bingo! Dziwak w podartych ciuchach z setką gołębi, którego ni w ząb nie rozumiem.

Wchodząc do niego czułam się jak u Hitchcocka: wszędzie ptaszyska. Okazało się, że facet ma niesamowite poczucie humoru. Na mój widok zaczął się śmiać i łamaną „niemczyzną” mówi: Uuuu, dzisiaj panienka sama – zaczynam się bać!I tak jakoś poszło.

Jest moim pacjentem 6 miesięcy. Mało kto potrafi mnie tak rozśmieszyć. Zamiast zrobić swoje i lecieć dalej siedzę u niego i robimy sobie jaja… z wszystkich i z siebie nawzajem. Okazało się, że Pan Sz. jest jednym z najbogatszych ludzi na wsi, ale jako że nigdy się nie ożenił – zdziwaczał. Oszczędza. Twierdzi, że jest dobrze jak jest i niczego nie potrzebuje. Wydarte na łokciach swetry to krzyk mody i dobre wywietrzniki. Ze skarpetami jest tak samo.

Pan Sz. ma dziwne hobby. Któregoś dnia zapytał mnie, czy chciałabym coś zobaczyć. Otworzył mi drzwi, które od kiedy pamiętam, zawsze były zamknięte. A tam… setki figurek Matki Boskiej – duże, małe, plastikowe, drewniane. Kolejne setki świeczek i obrazów przedstawiających postaci świętych (większość Matki Boskiej). Zaczął otwierać szafki, szuflady i wszędzie święci. Matko Święta pomyślałam – co to kurwa jest? Mówi, że z kościołem jest na bakier, nie jest też religijnym fanatykiem, ale tak się jakoś zebrało przez lata.  No cóż… jedni składają modele, inni wędkują, a jeszcze inni trzymają za zamkniętymi drzwiami tysiące Przenajświętszych Panienek. Latem sadzi pomidory i ogórki, które ja oczywiście zjadam. Raz w tygodniu dostaję butelkę super wina: latem białe, a zimą czerwone. Specjalnie zamawia dla mnie w sklepie z winami. Twierdzi zresztą tak jak ja, że nie należy spożywać za dużo wody, bo aż taka zdrowa też nie jest! Kto wie, co tam w tych rurach, a potem w plastikowych butelkach siedzi!

Ostatnio wpadłam na pomysł, żeby znaleźć mu żonę. Sz. śmieje się do łez i twierdzi, że mnie powaliło. A ja latam od pacjentki do pacjentki i pytam, czy któraś przypadkiem nie szuka faceta, bo mam super partie (cale towarzystwo 80Plus). Kobitki, że nie, że fuj, po czym pytają, czy mam kogoś konkretnego na myśli. Na wieść, ze chodzi o Sz. śmiejąc się mówią, że ja mam nierówno pod sufitem. Wszyscy są z jednej wsi i znają się od dzieciaka. Ja oczywiście wszystkie swoje kandydatury przedstawiam Sz., ale żadna nie jest wystarczająco dobra. Ostatnio stwierdziłam, że jak tak dalej pójdzie, to sama się dla niego rozwiodę. Sz. wybuchł śmiechem, po czym stwierdził: Matko Boska, z taką czarownicą! To już wolę którąś z tych starych.

Pan Sz. ma niestety też wady: uparty jak osioł. Odleżyna się powiększa, stan zapalny się rozprzestrzenia, a on twierdzi, że jakoś to będzie i że mam tak opatrywać, żeby wyzdrowiał.

Dziś chyba wziął sprawę na poważnie, bo jak nogę zobaczyłam, to o mało zawału nie dostałam. Zresztą sam przyznał, że z bólu całą noc nie spał.

Rano miał wizytę u lekarza. Musi cholera te nogę wyleczyć, bo ja chce jeszcze na jego weselu zatańczyć!!!

Kolekcja Pana Sz.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Nowe otwarcie

Trochę nawaliłam. Nie pisałam, nie bywałam, ale dużo się działo. Przeprowadzka, nowa praca. W sumie to tylko stary kot i mąż się ostali, reszta sama świeżyna.

Pod koniec marca w końcu przeprowadziliśmy się na wieś oddaloną od nas o dobre 700 km. Wieś boska, ale o tym już wspominałam wcześniej. Od 01.04 zaczęłam pracę w małej prywatnej firmie. Mamy Dom Seniora, opiekę dzienną i opiekę domową, gdzie pracuję.

Wszystko jest inne niż znam. Nie ma urządzeń, które połączone są z komputerami w biurze, a na których trzeba wciskać wejście i wyjście do pacjenta oraz odznaczać każdą czynność i czas. Nie ma stosu papierów i dokumentacji. Nie ma z góry narzuconego czasu na pacjentów. Wszystko według potrzeb. No oczywiście tak mniej więcej, bo wiadomo…człowiek też chce mieć kiedyś fajrant.

Ludzie w pracy są ok. Z S. i M. zaprzyjaźniliśmy się nawet i często po pracy przesiadujemy u mnie przy kawie i cieście, które dostaliśmy od pacjentów. Nie trzymamy się wszyscy razem. Może wynika to z tego, że w sumie każdy jest sobie szefem: każdy ma swoich pacjentów, swoje trasy, swój czas. Widujemy się rzadko, od czasu do czasu mijamy się na korytarzach biura przy zdawaniu kluczy i wtedy ewentualnie utniemy krótką pogawędkę tudzież zapalimy papieroska. Szefowa nie organizuje też co chwilę zebrań, jak to bywało w Düsseldorfie. Dla niej to strata czasu i dopóki nie ma skarg, a pacjenci są zadowoleni – jest dobrze!

Uwielbiam Babki, które pracują u nas w kuchni. Nie zadzieram nosa i nie uważam się za coś lepszego więc w kuchni zawsze jestem mile widziana. Często dostaję obiady na wynos. W najgorszym wypadku pchają mi łychy do gęby, żebym na szybko spróbowała (próby zaczynają być widoczne i odczuwalne po rozmiarze spodni). Z jedną z tych dziewczyn (67 lat) i jej córką jestem zaprzyjaźniona i spotykamy się często poza pracą. W czwartki staramy zawsze być w naszej „osiedlowej” knajpce, dzięki temu zaprzyjaźniliśmy się również z kelnerką.

Wydaje mi się, że przez te 6 miesięcy tu mam więcej szczerych przyjaciół niż w wielkim mieście przez ostatnie 12 lat. Małżonek zadowolony z pracy, ale chyba potrzebuje więcej czasu żeby przyzwyczaić się do małej mieściny z jedną knajpą. Na przeprowadzce najwięcej wygrał kot. Lola zamknięta przez ostatnie 12 w czterech ścianach nagle odżyła. Myśleliśmy,  że będzie wyłazić na ogród, a ona lata po całej wsi, zalicza wszystkie drzewa i krzaczory i tłucze się z innymi kotami. Jak to mąż stwierdził: zasłużyła –w końcu jest już na emeryturze.

A jacy są pacjenci? bo to przecież o nich i dla nich ten blog? Są zajebiści! Każdy z nich zasługuje na osobny tekst. A zacznę od pana SZ.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Już po wszystkim

Już po wszystkim. Już jestem z powrotem. Ale zanim poleciałam do domu szefowa mnie nie zawiodła. Tradycyjnie pokazała „ludzką twarz”. Wiadomość o śmierci bliskiej mi osoby dopadła mnie w drodze do pracy. Całą drogę ryczałam i w takim stanie weszłam do wspólnoty. Koledzy z pracy od razu kazali jechać do domu, powiedzieli że wszystkim się  zajmą. Szacun – nawet się tego nie spodziewałam. Sami zadzwonili do Starej, żeby powiedzieć co i jak. A ta franca zadzwoniła do mnie i tonem zimnym i wkurwionym, jak Królowa Śniegu zapytała, czy faktycznie aż tak mi źle, że nie mogę posiedzieć do końca zmiany? I że jutro widzi mnie w pracy, poniedziałek daje mi wolny (co jest kompletnie nielogiczne, bo w niedzielę kazała przyjść, a w poniedziałek daje wolne), a we wtorek widzi mnie w pracy. Najpierw powoli, spokojnie tłumaczyłam, że we wtorek na pewno nie przyjdę, bo lecę do Polski na pogrzeb a ta swoje… W końcu ciśnienie podniosła mi do 180 i ja się wydarłam. Mało brakowało, a powiedziałabym jej, że jest zimną suką! We wtorek rano leciałam do kadr wszystko wyjaśnić, a tam oczywiście nie było najmniejszego problemu. To była oczywista oczywistość.

Zanim jednak stało się, co się stało, tradycyjnie działo się we Wspólnocie.

Zbliżał się koniec karnawału, co oznacza szaleństwo, przebieranie się, picie na ulicach i jedną wielką radość. Zaczyna się w tłusty czwartek i ciągnie do wtorku. Od środy już leciały u nas same szlagiery niemieckie i każdy się zastanawiał w co się przebierze. H. chciał być kowbojem, ale żona kupiła mu kostium Zorra. Nie muszę mówić, jaki był cyrk. Zaparł się jak osioł: nie ubierze Zorra i koniec! Żona obrażona poszła do domu, H. zjadł kilo ciastek i w końcu ubrał maskę Zorra i kapelusz kowboja. I patrzył ciągle w lustro i nie mógł wyjść z zachwytu jaki jest super mega! Mi wręczył samorobną maskę motyla, którą zrobił dzień wcześniej z koleżanką z pracy i nie miałam wyjścia – musiałam być motylem. K. był Al Capone a B. piratem. Pani S., która na co dzień męczy nas kawałkami w stylu „Pani Krauze weź se ogórka dziś do domu”, stwierdziła, że to dziecinada i ona w tym udziału brać nie będzie. Koleżanka próbowała ją przekonać, że przecież jak to, ona zawsze opowiada o minionych karnawałach, często słucha szlagierów itp. Na co Pani S. odpowiedziała, że ona w życiu! Wszyscy tylko nie ona! Oczywiście w dzień karnawału ryczała jak bóbr, że jak to możliwe, że ona nie ma stroju?! Uratowała ją samorobna maska H. przypominająca motyla.

Stara kazała nam gruntownie odkurzyć i wyszorować podłogi. Stwierdziłam, że to bez sensu – zaraz przyjdą tłumy ludzi i i tak się nabrudzi, ale ta swoje. Wzięłam więc H. do pomocy i odwróciłam się dosłownie na dwie minuty, a ten wrzucił wszystkie miotły miotełki i odkurzacz do ogromnego wiadra z wodą. Widocznie H. też uznał pomysł, że sprzątaniem za bezsensowny!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Pamięci L.

Zastanawiam się ile razy towarzyszyłam śmierci. Wiele. Taki zawód wybrałam i liczyłam się z tym, że towarzyszę tym ludziom na ostatnim odcinku maratonu.  Jedni odchodzili po cichu, nagle. Rano przychodzisz do pracy i dowiadujesz się ze Pani XY nie żyje. Trochę smutno, ale przecież już była po 90tce. Takie życie. Inni męczą się tygodniami i jedyne co możesz zrobić, to potrzymać za rękę i modlić się żeby nie trwało za długo.

Kilka razy musiałam kogoś umyć i ubrać po śmierci. W takim momencie człowiek jest smutny, zastanawia się nad sensem tego wszystkiego, ale zmiana się kończy i trzeba wrócić do swojego życia, domu. Mam doświadczenie, odchodzenie towarzyszy mi od jakiegoś czasu ale…

Ale to wszystko gówno prawda, jeśli spotyka to kogoś z najbliższych! Nie pomoże i setka przypadków przeprowadzenia na drugą stronę. Jest żal, wkurwienie, że dlaczego i po co i jakiś taki nieracjonalny ból w środku. Nie pomoże gadanie znajomych, że tak lepiej, że się nie męczy. W takiej sytuacji nic nie pomaga.

Każdy z nas pewnie reaguje inaczej i każdy ma do tego prawo. Od wczoraj wylałam hektolitry łez i nie jestem w stanie pracować. Przeglądam stare zdjęcia i mam do tego prawo! Jestem bezsilna i bezradna. I jestem wściekła na Naczelnego! I też mam do tego prawo!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Rodzina i przyjaciele w odwiedzinach

Dla odmiany zamiast o naszych podopiecznych napiszę trochę o ich rodzinach. Są różni. Tak różni jak nasi seniorzy. Z tą tylko różnicą, że nasi seniorzy są chorzy a rodziny…. no cóż niby zdrowi, ale czasami zastanawiam się, czy nie powinni sami udać się do psychologa. Weźmy np taką żonę K. Wpada raz na miesiąc, sama nie bardzo wie czego chce, ma sto pomysłów na minutę. Jest zawsze jakaś taka rozhisteryzowana. Od razu każe podawać K. kawę, herbatę itp. Najpierw się go pyta czy chce, ale nie czeka na odpowiedź (może i dobrze bo K. żyje w swoim świecie i by się kobita zaczekała) tylko zaraz sama wali : tak, tak pewnie, że chcesz, no jasne że zjesz,wypijesz. W typowy sposób zagłusza wyrzuty sumienia. K. od dłuższego czasu nie ma zębów – posiał gdzieś protezę. Małżonka stwierdziła, że nowej robić nie będą, bo raz, że pewnie znowu zgubi, a dwa, że bez zębów świetnie sobie radzi. W pokoju K. jak szafy nie było, tak nie ma…. stoją wieszaki sklepowe. Brat w ogóle się nie pokazuje, a jeszcze tak niedawno proponował pracownikom wycieczki prywatnymi jachtami po Lazurowym Wybrzeżu w zamian za dobrą opiekę nad bratem.

Opiekunka sądowa naszej Bezdomnej wsadziła ją do nas 5 miesięcy temu i tyle ją widzieli. Przelewa pieniądze na konto i myśli, że tym załatwi sprawę.

Przyjaciółka B. to furiatka: wpada i od razu drze mordę. Dlaczego B. nie siedzi w dużym pokoju, dlaczego B. ma zieloną koszulę i żółte skarpety i dlaczego nikt z nas z nim nie gra w szachy. Na próby wytłumaczenia jej ze B. jest chory – ma demencję, krzyczy jeszcze bardziej, że chyba nie wiemy z kim mamy do czynienia! B. jest, czy też był wielką postacią w świecie biznesu i , że chyba za wiele od nas nie wymaga – chodzi tylko o partię szachów dziennie! Droga Pani pomijam fakt, że żaden z pracowników w szachy grać nie potrafi, ale B. ostatnio chciał zjeść pionki, bo myślał, że to pralinki!

Jest też rodzina mojego ulubieńca H. H. to taki słodziak, ze mogłabym go łyżkami jeść. Zresztą zauważam, że on mnie rozpoznaje i ma łzy w oczach na mój widok, co w przypadku alzheimera nie jest takie oczywiste. Ale jak do H. przychodzi rodzina….. Żonę znam, bo opiekuję się nią w opiece domowej. Miła, sympatyczna, ale wywołująca ból głowy. Gada non stop i też jakoś nie przyjmuje do wiadomości, że H. jest chory, i że lepiej nie będzie. Codziennie do niego wysyłają całe pielgrzymki: córka non stop pyta, czy tatuś był grzeczny, czy tatuś nie narobił w spodnie, czy aby jest miły i pomocny. Takie pytania zadane bez żenady przy innych mieszkańcach, co oczywiście powoduje u niego agresję. Krzyczy wtedy – ja nigdy w życiu nie narobiłem w spodnie i nie jestem małym dzieckiem, żebym musiał być grzeczny. Wspominałam już, że H. ma tendencję do pieszych wycieczek więc córki z mamusią wpadły na pomysł, żeby mu do nogi przyczepić czujnik. Myśleliśmy, że źle słyszymy – przecież H. nie jest kryminalistą, czy jakimś przestępcą! Hmmm… panie kompletnie nie rozumiały naszego wzburzenia.
Muszę przyznać, że H. ma racje mówiąc do mnie: musimy trzymać się razem bo cała reszta to wariaci!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Ostatnie zdania rozdziału miasta D.

W weekend po dniu próbnym podpisałam umowę w nowej pracy. Po pierwszym dniu jestem zachwycona (oby nie przedwcześnie). Pacjenci to rolnicy – strasznie ciepli, prości i otwarci. Mówi się, że na południu Niemiec obcokrajowcy nie są mile widziani. Ja odniosłam zupełnie inne wrażenie: fakt mało co widzieli i mało co znają, ale są bardzo ciekawi świata i ludzi. Wszyscy chcieli mnie czymś częstować: kawa, obiady, ciasta, a przy tym zadawali niesamowicie dużo pytań. Ale nie natarczywie czy chamsko. Po prostu naprawdę chcieli wiedzieć jak to jest być z Polski, mieć męża z Tunezji i przenosić się z ogromnej metropolii na wieś. Bo to jest faktycznie malutka miejscowość z ogromną ilością pól, jezior i zwierząt, gdzie się człowiek nie obejrzy tam krowa czy kura.

Nie pozostaje mi nic innego jak powoli zacząć zbierać manatki. Małżonek twierdzi, że nie żałuje niczego, że same nieszczęścia w tym wielkim świecie nas spotykały: jego złamana noga i gips, który miał być ściągnięty po 6 tygodniach, a skończyło się na dwóch operacjach, śrubach. Moja choroba i dwa lata latania po szpitalach i rehabilitantach. Jego niekończące się studia i moje przerwane studium. Wspólne sprzątania biur i prywatnie po ludziach. Wstawanie o 4 rano żeby wysprzątać kina w całym mieście za psie pieniądze. I długi, które ciągną się do dziś za nami.

Ja to widzę inaczej…. poznanie ogromnej ilości ludzi, z czego większość była naprawdę super! Nie jedna imprezka w naszej kuchni przy sławnym już starym, drewnianym stole. Zebrane doświadczenia. Możliwość pracy jako opiekunka ludzi starszych i niepełnosprawnych. Wspólne lata, wypady nad jezioro i picie grzańca na jarmarku świątecznym. Odwiedziny z Polski i odwiedziny z Tunezji i wiążące się z tym balangi. Mieszkaliśmy tu 12 lat i w każdym centymetrze tego mieszkania jest cząstka nas.

I nieważne co mówi małżonek – ja będę płakać!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Seniorzy w natarciu

Jeśli chodzi o Starą, to nic się nie zmieniło. Dalej wprowadza złą atmosferę i próbuje siać grozę. Dzięki Bogu wysłali mnie na cały luty na drugie piętro, wiec nie jestem pod obstrzałem całą zmianę. A na zmianie…

Jak tylko weszłam to H. przywitał mnie zwarty i gotowy (piżama, szalik i zimowa czapka) do wyjścia do domu. I już wiedziałam, że nie będzie lekko. Tradycyjnie zaproponowałam kawkę i śniadanie – nie podziałało! W tej samej chwili otwierają się drzwi i kogo widzę – Panią G. z dołu w piżamie z pluszowym misiem w ręku. To nasza „wędrowniczka”, taki jak ja to mówię „Słodziak”. Ona nie chce uciekać do domu, po prostu nastawiona jest na chodzenie. Non stop chodzi, 24h na dobę, bez przerwy. Co usiądzie, to zaraz wstaje. Dobrze, że tym razem zawędrowała do mnie na górę, bo już kiedyś przeszła bez ubrania 30 km do zupełnie innego miasta.

Ok, pod jedną rękę H. pod drugą Panią G. i idziemy na dół. H. się cieszył, że odprowadzę go do domu. Na dole koleżanka od razu zrobiła kawę i postawiła michę ciastek. Tym razem H. nie odmówił, a Pani G. usiadła na chwilę, wsadziła ciasteczko do kapcia i dalej w trasę po korytarzu.

Wróciliśmy na górę, a tam K. już na nogach. Mało tego zaczął już nakrywać stół do śniadania, żeby mnie odciążyć. Nie, spoko wdzięczna jestem. K. poczuł się ważny i potrzebny, a ja oczywiście miałam podwójną robotę, bo na stole każdy dostał coś innego: jedni miski do zupy, inni podstawki do filiżanek, a jeszcze inni miseczki do deserów. Pan K. jest gejem, a z racji tego, że ja mam bardzo niski głos i na krótko obcięte włosy myśli, że jestem przystojnym facetem i puszcza do mnie oko.

I tak po kolei szło jak w efekcie domina: nowa Pani M. jeszcze dobrze z łóżka nie wstała, a już się pytała, jaki program mamy na dziś i jakie rozrywki zapewniamy. Dziś środa więc w planie wspólne gotowanie. Nie była zachwycona. Będę też robić manicure innym. Dama też kręciła nosem. Wszystko jest głupie i na NIE. Udaje intelektualistkę, więc pomyślałam, że najchętniej to bym jej tu Straszny Dwór odstawiła. W końcu przystała na propozycję partyjki w chińczyka. W trakcie gry wpadła rozhisteryzowana Czarna Wdowa, że telewizor jej się zepsuł i ona zaraz popełni samobójstwo. Ja w te pędy do pokoju w charakterze serwisanta RTV, AGD, a tu okazało się, że baterie poszły w pilocie.

Pani D. już przy śniadaniu chciała na fulla słuchać niemieckich szlagierów, na które oprócz H. nikt nie ma ochoty. Jak grzecznie odmówiłam, ta zaczęła płakać, że umiera na raka i nikt nie ma współczucia (zawsze musi być, tak jak chce i zawsze musi grać pierwsze skrzypce). Ja pierdziele…. dobra puszczę te zasrane szlagiery (piosenka „Tam stoi koń na korytarzu” śni mi się po nocach).

Wspólne gotowanie polegało na tym, że Stara wysłała nam do góry kilku mieszkańców: dreptającą G., K. który wypróżnia się po kątach i Panią z parkinsonem. Tym samym oprócz tego, że miałyśmy ręce pełne roboty, to jeszcze musiałyśmy uważać, żeby nikt nie uciekł, nikt się nie wypróżnił na korytarzu i żeby Pani z parkinsonem się nie skaleczyła. G. non stop się oddalała, więc wpadłam na pomysł, żeby jej powiedzieć, że jak oddali się choćby na krok, to ja zacznę płakać. No i klops – przykleiła się do mnie i stwierdziła, że mnie nie opuści! Jak wychodziłam do domu, musiałyśmy się nieźle namęczyć, żeby odciągnąć jej uwagę od mojej osoby. W trakcie obiadu H. chciał pobić wszystkich laską, bo miał brzydki talerz. Nie pozostawało nic innego jak wymienić talerz.

W drodze do domu wzięłam najpierw metro, a tam w przedziale cała wycieczka przedszkolaków – myślałam, że łeb mi pęknie! Potem tramwaj – a tam 1000 ludzi i jedna starsza babcia, która miała potrzebę pogadania. Chyba nie muszę pisać w kim znalazła interlokutora…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz