Zasady, paragrafy, przepisy czyli Lot nad kukułczym gniazdem

Mamy nową szefową. K. z Polski. K. ciągle zwołuje zebrania. Pracuję już w tym zawodzie jakieś ładne parę lat, ale jeszcze nigdy nie byłam na tylu zebraniach, co przez ostatnie dwa miesiące. Dla mnie zebrania to strata czasu, a u K. to już jakiś horror jest. Kobieta próbuje z nas zrobić Dom Seniora. Do każdej wykonanej przez nas czynności jest osobny formularz: obrałam ziemniaka – dokumentacja, włączyłam radio – dokumentacja, poszłam do klopa – dokumentacja. Doszło nawet do tego, że K. przyniosła ze sobą termometr (taki jak do steków, czy do pieczeni) i kazała mierzyć temperaturę zakupowanego mięsa. Oczywiście została przez większość z nas wyśmiana.

K. zaczyna mi przypominać siostrę Rached z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Zawsze z głupkowatym uśmiechem na twarzy, zawsze oficjalna i do każdego z pracowników powtarza: zależy mi na Tobie – jesteś ważnym ogniwem w naszej grupie. Jak to słyszę, to bebechy wywracają mi się na drugą stronę!

Któregoś razu znaleźliśmy protokół, który każdy miał przeczytać i podpisać. A w nim zapis – zabrania się okazywania uczuć mieszkańcom, mówienia na „Ty” i używania pieszczotliwych skrótów. Oczywista oczywistość, że nie podpisałam! W dupie to mam – zwracam się do podopiecznych, tak jak sobie tego życzą, albo jak im przyjemność sprawia. Jeśli widzę, że mówiąc do H. panie Kowalski nie działa, bo na to nie reaguje, a na H. słońce moje oczy mu się śmieją, to będzie dla mnie H. słońcem moim.

Do tego kazała nam kontrolować pokoje podopiecznych. Pan M., który dostaje dwie lampki wina po kolacji, kupuje sobie również sam alkohol i z reguły wypija nasze dwa kieliszki plus buteleczkę schowaną w szafie. No ja mu na pewno po szafach grzebać nie będę! Facet ma prawo! Zabrzmi to brutalnie, ale jeśli ma ochotę, to ma prawo zapić się, a naszym zasranym obowiązkiem jest uczynić wszystko, żeby si zapił w przyzwoitych i godnych warunkach.

K. każe nam robić plan zajęć – typowy Dom starców (bo już nawet nie seniora). O 14 trening umysłu, o 15 śpiewanie, a o 16 pierdzenie.Wszystko musi być zaplanowane i przemyślane. Matko – jak mnie to wkurza! To nie są maszyny, to są ludzie, tu nie ma miejsca na sprecyzowany plan. Nie mogę zaplanować, że będę chodziła codziennie z Panią S.na krotki spacer, bo Pani S. dziś ma na niego ochotę, a jutro mi powie, że na spacer to ja sobie sama mogę!

Kiedyś w Domu seniora jakaś idiotka postanowiła grupowo zagrać w quiz. Czytała jakieś zdanie, a reszta musiała odgadnąć o jakie zwierzę, bądź przedmiot chodzi. Ci bardziej kumaci od niechcenia odpowiadali. Niestety ci z demencja w ogóle nie wiedzieli o co biega. Zaczęłam im podpowiadać: każdemu po kolei szeptałam do ucha odpowiedź, żeby tez mieli jakąś przyjemność. Prowadząca wybuchnęła złością, że nie takie są zasady i nie tak idzie ta gra!

Nie wolno nam kłamać tzn oszukiwać podopiecznych. Przykład: H. ubrany żegna się i wychodzi do domu. Ja z reguły mówię, że spoko, kumam, ale może za nim pójdzie, kawki by się napił? Z reguły się udaje, ale bywa tak, że H. mówi – sorry, ale autobus mi ucieknie.Więc ja zwalam winę na komunikację i mówię, że dziś wszystko ma spóźnienia, że ja też chcę już do domu, ale czekać trzeba, więc chyba lepiej tu poczekać w cieple, niż siedzieć gdzieś na przystanku. Sukces gwarantowany.

Wszyscy pseudo-specjaliści uważają, że to źle, nie ładnie tak kłamać. Trzeba próbować jakoś inaczej. Szkoda tylko, że ci wszyscy pseudo-specjaliści mają 10 fakultetów, ale w Domu seniora „live” przebywali może 2 godziny na spotkaniu z pracownikami!

Zaczynam grac w totka – jak wygram otworzę własną wspólnotę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dzień, jak co dzień

Coś wisi w powietrzu – wszyscy zaczynają wariować. Od dwóch tygodni jestem na drugim piętrze wspólnoty. Pani L. każdego ranka po nieprzespanej nocy wchodzi do salonu i płacze. Ktoś jej znowu coś ukradł. Przez ten czas kiedy tam jestem była już – brosza rodzinna, szalik, kapelusz, okulary (których w ogóle nie posiada) i zęby. Przy broszy i ciuchach poszło łatwo – zaproponowałam kawkę i kanapeczkę i już o rzekomym złodzieju nie było mowy. Okulary dałam swoje przeciwsłoneczne. Z zębami poszło gorzej, bo całej rozmowie przysłuchiwała się Pani D., która podłapała temat. Zaczęła płakać, że jej zęby też chyba ktoś podmienił, bo ją wszystko boli, szczęka boli, a nawet głowa boli, co na pewno jest już rakiem i ona zaraz umrze. Wyciągnęłam protezę, przemyłam, zaparzyłam szałwii, która jest zwykłym rumiankiem i już byłam najlepsza, najfajniejsza, ponieważ uratowałam ją od nagłej śmierci.

W między czasie H. ciągle wychodził ubrany (piżama, kapcie, kurtka i szalik) żegnając się z nami, bo on musi do domu. H. można łatwo sprowadzić na inne myśli proponując mu coś do jedzenia – działa zawsze. Ale tego dnia H. płakał. Co się talerz pusty zrobił, to H. zaczynał płakać, że on nie wie co i jak, ale do domu to musi.

Pan G. zazwyczaj nad wyraz spokojny i przyjemny rudowłosy starszy pan próbował mnie przekonać, że w jego pokoju jest jego kumpel i poprosi dwie kawy (w pokoju oczywiście nie było poza nim nikogo). Mimo tego zrobiłam dwie kawy i zaniosłam mu. Wychodząc usłyszałam, ze w dupie z takim serwisem, bo do kawy już nic nie podali.

Pani W. nasza „czarna wdowa“ (ciągle chodzi ubrana w jednym zestawie koloru czarnego) co 5 minut przychodziła, że potrzebuje aspiryny (wiemy, że jest uzależniona od tabletek i trzeba zrobić wszystko żeby jej nie dostała). Co 5 minut dawałam jej dwa słodziki – placebo czyni cuda!

Do tego wszystkiego w ten sądny dzień musiałam przygotować obiad dla dwóch pięter w postaci świeżutkiej ryby i ziemniaczków z koperkiem. 3 kg ryby usmażyć i obrać 5 kg ziemniaków. Do roboty zagoniłam H. i tak siedział biedak przy tych pyrach że zapomniał o pójściu do toalety, a ja zapomniałam mu przypomnieć (robimy to co pół godziny). H. był załatwiony po pachy, a ja nie wiedziałam co najpierw: H. pod prysznic, ryby z pieca, czy szukać wyimaginowanej broszy Pani L Z powodu potwornego fetoru wszędzie trzeba było otwierać okna, a ponieważ na dworze minus 11, więc każdego musiałam ubrać w kurtkę.

Dawno nie czekałam na koniec zmiany jak tego dnia. To był jeden z nielicznych dni, kiedy zastanawiałam się, co ja tam robię i na co mi to wszystko!? Nie wytrzymałam i zaczęłam po prostu ryczeć. I wtedy przyszedł H. przytulił się do mnie i powiedział: “niech mama nie płacze, ja mamie we wszystkim pomogę“

PS. Słyszałam, że piętro niżej nie było lepiej. Pani S. niezauważona przez nikogo obrała paletę surowych jajek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

K. cz. 2

Doszło do tego, że K. już tylko nerwowo chodził od ściany do ściany, warczał na wszystkich, bo zaraz będzie brat. Nie chciał się myć, czesać, przestał z nami rozmawiać, ciągle czekał. A jak brat się łaskawie pojawiał wraz z małżonką. to dochodziło do dantejskich scen. Krzyczeli na siebie, wyrzygiwali całe życie i obwiniali wzajemnie o wszystko. K. zasłaniał uszy i zaczynał się kołysać jak przy chorobie sierocej.

Wyposażenie jego pokoju – łóżko przypominające pryczę więzienną, stojak na ubrania taki sklepowy i radio na podłodze. Żona twierdziła, że wszystko kupi brat, a brat ,że grosza nie wyda, bo to małżonka musi zakupić.

K. stawał się coraz bardziej agresywny w stosunku do wszystkich i wszystkiego.

Którejś niedzieli zaatakował naszego Marudę. Koleżanka, która miała zmianę nie mogła sobie poradzić (nie ma się co dziwić – dwóch wielkich chłopów) i zadzwoniła po pogotowie. 4 sanitariuszy, dwóch policjantów i lekarz nie mogli sobie z nim poradzić – takie siły w niego wstąpiły. Zabrali K.w kaftanie do szpitala psychiatrycznego.

Po dwóch miesiącach K. wrócił do nas, tzn wróciło coś, co w niczym nie przypominało naszego dawnego K. Facet nie mówi, nie myje się, nie ma kompletnie orientacji – potrzeby fizjologiczne załatwia wszędzie: kuchnia, korytarz, salon. Nie umie samodzielnie jeść, kawę próbuje pić widelcem. Trzeba mu we wszystkim pomagać.

A gdzie rodzina? Tak jak wcześniej przychodzili codziennie, a nawet po kilka razy dziennie, teraz nie ma nikogo. A K. już nie pyta, nie czeka, tylko kładzie się na sofie w salonie i zwija w kłębek, jak male zagubione dziecko.

Jednego dnia żona wpadła o godzinie 17 jak furia, że dlaczego K. nie ma kawy?! “K. chcesz kawy – pewnie, że chcesz ; ciasta do tego zjesz. Pewnie, że zjesz“ Proszę podać K. natychmiast kawę i ciasto. Szlag mnie trafił! Droga Pani, gdyby wpadała Pani częściej niż raz na ruski rok to wiedziałaby Pani, że kawę podaje się ok. godziny 15, a o 17 to już zaczynamy się kręcić do kolacji. Zapewniam Panią, że K. zjadł dwa kawałki keksa i wypił 3 kubki kawy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

K. cz. 1

Długo się zbierałam i zastanawiałam jak zacząć historię o K. To bardzo smutna historia. Już sam fakt, że K. jest człowiekiem sukcesu, bardzo zamożnym i ma tylko 44 lata, syna 13-letniego i żonę w moim wieku. K. ma ostatnie stadium Alzheimera.

Wszystko zaczęło się cztery lata temu. K. zaczął mieć problemy ze znajdowaniem podstawowych rzeczy jak klucze od mieszkania, telefon. Potem nie bardzo wiedział, w co się ubrać, aż doszło do tego, że zaczął z domu wychodzić w dwóch różnych butach. Żona najpierw brała to za roztargnienie, później za przepracowanie, ale jak sąsiedzi zadzwonili, że mąż biega po okolicy w szlafroku, to już wiedziała, że to nic z tych rzeczy!

Postanowiła mężowi pomóc na własną rękę – wzięła urlop, K. też wziął urlop i zaczęła go pilnować, przyglądać się. Zamawiała prywatne wizyty specjalistów do domu, którzy czując kasę przepisywali najdroższe tabletki i syropy. Chyba nie muszę mówić jak pomogło?!

Wszystko to do czasu. Którejś nocy K. poprzecinał kable elektryczne w domu i na całej ulicy. Sąsiedzi zadzwonili na policje, a ci po fachową silę ze szpitala psychiatrycznego. Lekarz już na oko stwierdził, że to galopujący Alzheimer, ale małżonka puknęła się w czoło! Ta, Alzheimer w wieku 40 lat. Lekarz to konował! Postanowili przeprowadzić najprostszy test świata: kazali K. namalować zegar. Po godzinie zegar ciągle był nie namalowany i już wiadomo było, że K. ma demencję. Żona umieszczała męża w coraz to nowych prywatnych ośrodkach, a brat K. robił awantury, ze z jego brata robi się wariata. I tak się kłócili i kłócili, a stan K. się pogarszał.

K. trafił do nas w piękny słoneczny dzień. Żony przy nim nie było, bo brat uznał, że tak będzie lepiej. Facet przechodził samego siebie – postanowił z K. zamieszkać kilka dni u nas, kontrolował wszystko i próbował przekupić personel – kto lepiej bratu pomoże ten więcej zyska. Najgorsze było to, że robił K. wodę z mózgu: zaraz wyjdziesz, zaraz cię wyleczą ; jutro będę u ciebie o 14tej. Nie muszę mówić, że w ogóle go nie było, a K. odchodził od zmysłów.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Wspólnota mieszkaniowa

Co to jest wspólnota mieszkaniowa i na czym to polega? Jest to piętro w normalnym nowo wybudowanym bloku. Na piętrze jak w mieszkaniu: ogromna, piękna kuchnia, salon , pomieszczenie gospodarcze, pomieszczenie na pralkę i suszarkę oraz 10 pokoi. W sumie normalne mieszkanie tylko trochę większe.

Każdy pokój ma swoją łazienkę i puste cztery ściany, bo każdy z mieszkańców może przynieść własne meble i tak to urządzić, jak mu się tylko podoba. Koncepcja jest super – wszyscy mają się czuć jak w domu. Wspólnie gotujemy, wspólnie sprzątamy i pierzemy. Cały zespół jest nowy, bo to nowy projekt. Wszyscy się poznajemy. Rodziny i dzieci mogą przynosić poza meblami talerze, sztućce i inne rzeczy. Tak żeby atmosfera była domowa i każdy czul się swojsko.

Mieszkańcy: pani S. – kobieta mieszkała przez 50 lat w USA, ale córka stwierdziła, że chce być bliżej mamy. Dobry pomysł. Pani S. szybko się zaaklimatyzowała i zapomniała, że kiedykolwiek była w Ameryce. Jest prawdziwą damą – zawsze zrobiony manicure, pięknie uczesane włosy, drogie i eleganckie stroje. Jest bardzo towarzyska chętnie śpiewa i tańczy. Wiem z jej biografii, że taniec był jej pasją. Zawsze uśmiechnięta i zadowolenie wyraża słowami: Kuki Kuki.

Jest Pan R., który pół życia przesiedział w kryminale, wytatuowany od stop do głów. Odpala jednego papierosa od drugiego.Wychodzi na spacery kilka razy dziennie i zawsze twierdzi, że idzie na cmentarz. Im częściej wychodzi, tym bardziej wraca pijany.

Jest V. nasz maruda.Wiecznie niezadowolony, wiecznie skrzywiony. Patrzy na wszystkich z góry i mówi do nas po włosku.Wypija dziennie hektolitry kawy i wyżera nutellę palcami ze słoików.

Pani A., która nawet jak jest sama, to nie jest, bo zawsze jest z nią Naczelny. Grzeczna, ułożona, chętna do pomocy. Nawet w nocy wchodzi po drabinie do nieba i pomaga Panu Bogu i innym osobom. Te inne osoby – to zawsze mężczyźni, bo A. woli męskie towarzystwo.

Jest nasza zielona Bezdomna, której już wcześniej poświęciłam jeden z tekstów, dziś już 100%z nami. Ostatnio przyłapałam ją na paleniu w pokoju (mamy ogród zimowy, w którym wolno palić) i udałam, że nic nie widzę. Nie chciałam robić cyrku. Po kolacji spokojnie zaczęłam rozmowę, że tak mnie się coś wydaje, że popala w pokoju. Od tego momentu Zielona myśli, że ma w pokoju zainstalowane ukryte kamery i nie pali!

Jest Pan M.alkoholik, który zawsze po kolacji dostaje wydzielone dwie lampki wina. Widać, że jego czas kreci się od „po kolacji” do „po kolacji”. Pan M. jeździ na wózku inwalidzkim i wstydzi się prosić o pomoc kogokolwiek z nas. Jak się upija, to nie daje rady przenieść się z wózka na łóżko wiec kima sobie na siedząco.

I jest K., ale K. muszę poświęcić osobny tekst.

Wszyscy różni, a jednak mają jeden wspólny mianownik. Wszyscy chorują na demencję.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Korsakow

Wysłali mnie dziś do pacjenta na zastępstwo. Zanim pojechałam, szefowa wezwała mnie do biura żeby mnie ostrzec. Pacjent jest dziwny. Z reguły otwiera drzwi nago, jest wiecznie pijany, po podłodze są rozsypane banknoty, a on sam siedzi i ciągle gada i pije wino z gwinta. Jakoś się nie zraziłam – lubię wyzwania. Pomyślałam sobie, że w sumie skoro jestem prywatnie zaprzyjaźniona z pacjentem, który we własnych fekaliach siedział to i pewnie tu nie będzie tak źle.

Nie pomyliłam się. Ubawiłam się do łez. Facet otworzył mi drzwi w szlafroku, który czasy swej świetności już miał dawno za sobą, ale to zawsze lepiej niż jak go pan Bóg stworzył. Był brudny tzn  zaniedbany, ale mi to akurat nie robi więc od razu łapę do niego wyciągnęłam (uścisk mam solidny, co też zauważył) i ładnie przedstawiłam się imieniem. Pan V. stwierdził, że chyba nie mogę być z tej firmy, z której się podaję, bo tam każda pani przedstawia się nazwiskiem, nie dotyka go i w ogóle jakieś takie wycofane. Zaraz mnie przeprosił za swój stan i zaczął mi tłumaczyć, dlaczego siedzi w szlafroku. Powodem były otarcia i otwarte rany w pachwinach tak zwane Intertrigo. Nie omieszkał odchylić szaty. Widok był przerażający i nie dlatego, że widziałam penisa, ale rany jakie zobaczyłam, samą mnie zabolały. Ok, na to akurat nic nie mogłam poradzić, od tego był lekarz, ale mogłam ugasić jego pragnienie i polecieć do sklepu po cztery flaszki wina. V. wcale nie pił z gwinta. Wylała wodę ze szklanki na dywan i nalał wina.

W trakcie godziny poznałam historię jego życia, zaproponował mi pożyczkę, gdybym miała problemy finansowe, rozliczenie pita do skarbówki i możliwość reprezentowania w sądzie w razie potrzeby, czego mi oczywiście nie życzy (z zawodu V. jest adwokatem). I już wiedziałam, gdzie leży problem. Zespół Korsakowa. W przyszłym tygodniu też mam u niego zastępstwo i boję się, że może mi się oświadczyć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Pracownik kulturalno-oświatowy

Po prawie dwóch latach choroby, po testach sprawnościowych i wszystkich możliwych komisjach, powiedziałam – dość!! Urząd Pracy chciał mnie wysłać na kolejne kursy np: jako sprzedawca albo sekretarka. Tak jasne… z opieki i pielęgniarki stanę się nagle przykładną sekretarką w garsonce i na szpilkach. Nie było takiej opcji. Po wszystkich życiowych zawirowaniach wiem już czego chcę, a już na pewno wiem, czego kategorycznie nie chcę!

Chcę w dalszym ciągu zajmować się starszymi, niepełnosprawnymi i potrzebującymi. Nie mogę myć, opatrywać ran, przenosić z łóżka na wózek? Ok! Ale dalej mogę być i grać w chińczyka, gotować, zapalić papieroska i pogadać o huzarze i dupie marynie. Mogę też posiedzieć i potrzymać za rękę! Zdecydowałam się na studium „kulturalno–oświatowe”. Urząd Pracy krzywił nosem, ale w końcu postawiłam na swoim. Studium w zależności trwa od roku do dwóch. Mi się upiekło i zaliczyli mi moje pielęgniarskie więc wystarczyły dwa miesiące i egzamin.

W trakcie tych dwóch miesięcy zaliczyłam dwutygodniowe praktyki w opiece dziennej czyli jak to się ładnie w Polsce mówi „przedszkolu dla dorosłych”. Nienawidzę tego określenia – uwłacza osobom tam przebywającym.

Było super bo i też szefowa była boska. Wspaniała, młoda osoba, pełna zaangażowania, wyluzowana i myśląca tylko i wyłącznie o podopiecznych. Chcą śpiewać i tańczyć o 9 rano?Nie ma sprawy – będziemy zarzucać bioderkiem zagryzając jajka na miękko (tam gdzie wcześniej pracowałam, były tylko na twardo, żeby przypadkiem salmonella nie zaatakowała i tylko w niedzielę – tak zwane Niedzielne jajka). Chcą malować na Boże Narodzenie zajączki – spoko, będą zajączki i żeby był komplet zrobimy pisanki!

E. traktowała wszystkich, jak członków rodziny, wszystkich tuliła, wszystkich całowała. To było to! Odlot, czad po prostu! Okazało się, że tam pasuję, że to mój świat. Robiłam z siebie klauna, wyczyniałam z nimi cuda, a oni odwdzięczali się szczerym śmiechem.

U E. zostać nie mogłam, bo okazało się, że za chwilę obejmuje stanowisko w nowym oddziale i ma komplet, ale poleciła mnie koleżance, która miała w tym samym budynku zostać szefową Wspólnoty mieszkaniowej dla starszych i niepełnosprawnych szczególnie z demencją.

Rozmowa kwalifikacyjna była tylko pro forma. Nie mogłam tam dostać pracy na pełen etat wiec wpadłyśmy na pomysł, że podzielimy 50/50. Pół etatu we Wspólnocie, pół w opiece domowej, która też miała boską szefową. Wszystko zaczęło się układać.

Znalazłam się w odpowiednim miejscu. Już nie byłam zła na Naczelnego, że mi życie zawodowe zrujnował. Ja mu byłam wdzięczna, że pokazał mi cel. Może trochę w bolesny sposób, ale inaczej pewnie bym nie skumała.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Szkoła

Szkoła nie była zła. Dziś tak na to patrzę z perspektywy czasu. Jednak w jej trakcie miałam wrażenie, że się uduszę. Wspominałam już wcześniej, że na początku opornie to szlo. Raz, że człowiek nie przyzwyczajony już do nauki, dwa, że nigdy nie byłam typem, który w miejscu może wysiedzieć dłużej niż 10 minut, a trzy – język. To już nie był niemiecki z ulicy. A do tego jak na medyczne studium od cholery łaciny. Cały szkielet, mięśnie, a nawet każda najmniejsza komóreczka naszego ciała – po niemiecku i po łacinie. Dramat! Czułam się jak ostatni głąb. Niby się uczyłam, a nic z tego nie wynikało. Co egzamin to ledwo mierny. Męczyłam się strasznie, codziennie zadawałam sobie pytanie : „po jaką cholerę ci to na stare lata?“ Dałam sobie czas do końca roku i kolejnego egzaminu – jak się uda, zostaję, a jak nie – to jestem osioł i trza się pożegnać. Koleżanka z klasy zaproponowała żebyśmy spróbowały razem się uczyć. Spróbować zawsze można. I zaskoczyło! I stałam się jedną z lepszych. Duma mnie rozsadzała.

Wielu wykładowców to stare wygi, które tak jak 30 lat temu zaczęli przekazywać wiedzę, tak ciągnęli to do dziś, czyli zawsze mieli rację. Nie wolno było się odezwać, a na wykładach trzeba było walczyć żeby nie zasnąć. I ta cala teoria… Jakie to wszystko ładne i piękne. Jak to na wszystko jest sposób i jak na Niemców przystało przepis! Przepisy, zasady i paragrafy są na wszystko, a więc i na opiekę. Za dużo dotykać nie wolno, za mało też nie. Można stwarzać domową i rodzinną atmosferę, ale nie wolno mówić na TY. Myć można, a nawet trzeba, ale tylko z lewa na prawo, z góry w dół i tak dalej i tak dalej. Oczywiście buntowałam się strasznie – komentowałam, krytykowałam! Dzięki Bogu było kilku nauczycieli, którzy byli super i się ze mną zgadzali. Widzieli we mnie powiew świeżego powietrza i twierdzili, że takich ludzi własnie trzeba, żeby się w tym syfie w końcu coś zmieniło.

Klasa tez była podzielona – na tych co podzielali moje zdanie i na tych co zanim zaczną reanimację sprawdzą wszystko w książce z paragrafami! To, że potrzebujący w tym czasie zejdzie to nie istotne – istotne, że zgodnie z prawem.

Do końca studium nie dotrwałam. Krótko przed końcowym egzaminem wylądowałam w szpitalu. Jedna operacja, druga operacja, długaaaa rehabilitacja i wyrok: niestety nie może pani wykonywać zawodu. Świat mi runął w jednej sekundzie! Wszystko to o kant dupy rozbić!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Przypomnij mi…

Przypomnij mi kim jestem, co mówiłam, czego chcialam, gdzie byłam
Przypomnij mi dzień w którym byliśmy razem
A kiedy zapomnę i wpadnę na pomysł odejść, zamknij drzwi i schowaj klucz!
Przypomnij mi Kim jestem
I jak mam na imię
I nie przypominaj mi dlaczego tak sie stało
Przypomnij mi o ich głupich pomysłach, przypomnij mi o świetle dziennym, prawdzie i jedzeniu
jestem tu

Przypomnij mi co ludzie dla mnie znaczyli
I Kim dla mnie byli
i tak to zapisz…

Przypomnij mi trawę, slońce i jedzenie
I przypomnij mi, że miałam kiedyś 18 lat i byłam

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Wolontariusze nie z wyboru

Starość i niepełnosprawność to dramat – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale im dłużej się temu wszystkiemu przyglądam, tym częściej dochodzę do wniosku, że największy dramat przeżywają ludzie opiekujący się tymi osobami. Dzieci, partnerzy, rodziny. Często nawet nie wiemy, a może nie chcemy wiedzieć, co ci ludzie przeżywają. Często oceniamy , nierzadko krytykujemy: że dziwak bo po pracy nie chce skoczyć na piwko, że jakaś taka inna bo w sobotę nie pójdzie na imprezkę. Nikt nie pyta co jest, co się dzieje?

Opiekunowie są często wyczerpani fizycznie i psychicznie. Fizyczne można przykryć toną pudru, ale psychiczne… Zaczynają się problemy z koncentracją, niską samooceną i socjalna izolacja. To osoby, które przestają myśleć o sobie i swoich potrzebach, a wszystko kreci się wokół chorego.

Lekarze, pielęgniarze, specjaliści koncentrują się na chorym, a rzadko (a może nigdy) na opiekunie takiej osoby. Ci ludzie zostają pozostawieni sami sobie, w czterech ścianach za zamkniętymi drzwiami.

Ja idę do pracy i o określonej porze mam koniec. Wracam do domu i próbuję żyć normalnie, ale krewni chorych często tej możliwości nie mają. Nie ma fajrantu, nie ma urlopu.

Podziwiam i chylę czoła! Podziwiam moją Mamę, która siedzi całą dobę z chorą na alzheimera babcią. Podziwiam jej kuzynkę, która ma starszą mamę i chorą siostrę i choć z nimi nie mieszka, to codziennie jest, jak trzeba chodzi na zwolnienia, lata po szpitalach, ogarnia i myje. Podziwiam znajomą przyjaciółki, która od lat opiekuje się chorą babcią i nawet jadąc na urlop po 100 latach zastanawia się czy dobrze robi?!

Może warto przyjrzeć się koleżance/koledze z pracy, z sąsiedniej klatki i zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. A może wpaść po prostu z pudelkiem lodów malinowych i pomilczeć wspólnie?

Coraz częściej i coraz większy, mam żal do Naczelnego, że kiedy przeznaczenia rozdawał, to na chybił trafił. Mam tylko nadzieję, że kiedyś będzie mi dane dowiedzieć się, dlaczego tak jest. A nam wszystkim zdrowym i bez dramatów rodzinnych życzę więcej pokory i jak kolejny raz zaczniemy narzekać, że nam pryszcz wyskoczył, albo na nowe buty nie mamy, to radzę się rozpędzić i walnąć głową w ścianę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz